uroczysto艣膰
Objawienia Pa艅skiego (Trzech Kr贸li)
...
M贸wi膮, 偶e by艂 i czwarty kr贸l...
M贸wi膮, 偶e by艂 i czwarty kr贸l, kt贸ry zobaczy艂 gwiazd臋 zwiastuj膮c膮 Jezusa i zapragn膮艂 z艂o偶y膰 nowo narodzonemu Kr贸lowi 偶ydowskiemu pok艂on.
Wiedzia艂, 偶e to ma by膰
Kr贸l Mi艂o艣ci.
I gdy my艣la艂 o tym, jaki dar Mu przynie艣膰, przypomnia艂 sobie o najwi臋kszym swoim skarbie przechowywanym z ca艂膮 pieczo艂owito艣ci膮. To by艂 ogromny rubin o przepi臋knym czerwonym kolorze. Otrzyma艂 ten kamie艅 od ojca przy swoim urodzeniu.
Wiedzia艂, 偶e do kraju 偶ydowskiego jest daleka i trudna droga. Wybra艂 najlepsze wielb艂膮dy i os艂y, najlepsze s艂ugi. Poleci艂 na艂adowa膰 na zwierz臋ta zapasy wody, jedzenia, ubrania na dalek膮 drog臋. Wzi膮艂 ze sob膮 du偶膮 sum臋 pieni臋dzy. Zawiesi艂 rubin w sakiewce na szyi i pojecha艂.
Gwiazda wskazywa艂a drog臋.
Dop贸ki jecha艂 przez sw贸j kraj, wszystko by艂o jasne i proste. Ludzie znali go dobrze. Znali jego m膮dro艣膰, jego wielkie serce. Pozdrawiali go z mi艂o艣ci膮 i 偶yczliwo艣ci膮. Zmieni艂o si臋 potem, gdy wszed艂 w obce kraje. Zmieni艂o si臋 nie tylko dlatego, 偶e to by艂 obcy 艣wiat, obcy ludzie, obcy j臋zyk, ale dlatego, 偶e napotka艂 na rzeczy, kt贸rych nie spodziewa艂 si臋 spotka膰.
Po jakim艣 czasie wjecha艂 w kraj nawiedzony susz膮. Zobaczy艂 spalone pola, spalone lasy, usch艂e drzewa, ziemi臋 przepalon膮 na proch. Napotka艂 wsie nawiedzone kl臋sk膮 g艂odu. Ludzi wysch艂ych z wycie艅czenia, 偶ebrz膮cych o gar艣膰 strawy, umieraj膮cych z g艂odu. Zacz膮艂 rozdawa膰 to, co mia艂 ze sob膮 – jedzenie, wod臋. W kt贸rym艣 momencie zawaha艂 si臋:
gdy rozdam wszystko, czy potrafi臋 dojecha膰 do Jezusa? Ale waha艂 si臋 tylko chwil臋. Jakby poczu艂 ogie艅 rubinu, kt贸ry nosi艂 na piersi.
Przecie偶 je偶eli Ten, do kt贸rego jad臋, jest Kr贸lem Mi艂o艣ci, nie mog臋 post臋powa膰 inaczej. Rozda艂 wszystko. Ale to jego „wszystko” by艂o za ma艂o. Trzeba by艂o rozpocz膮膰 jak膮艣 akcj臋 pomocy g艂oduj膮cemu krajowi zakrojon膮 na szersz膮 skal臋. Wr贸ci艂 w kraj 偶yzny i bogaty. Zorganizowa艂 pomoc. Jego karawana zaj臋艂a si臋 transportem 偶ywno艣ci i wody w kraje nawiedzone susz膮. I dopiero gdy ta akcja odnios艂a skutek, gdy zapobieg艂 g艂odowi i 艣mierci, i gdy pieni膮dze sko艅czy艂y si臋, zdecydowa艂 si臋 i艣膰 w dalsz膮 drog臋.
Gwiazda go prowadzi艂a.
Zdawa艂o mu si臋, 偶e ju偶 nie b臋dzie przeszk贸d, 偶e chocia偶 by艂 sp贸藕niony, to jednak zd膮偶y do nowo narodzonego Kr贸la 偶ydowskiego, aby Mu z艂o偶y膰 pok艂on.
Ale tak nie by艂o...
Po kr贸tkim okresie spokojnego marszu napotka艂 wie艣, nad kt贸r膮 wisia艂 na dr膮gu czarny strz臋p chor膮gwi. Znak, 偶e tam panuje „czarna 艣mier膰” – cholera. Zreszt膮 nie by艂o si臋 temu co dziwi膰. G艂odowi towarzyszy jak cie艅 ta zara藕liwa choroba. I musia艂 powt贸rnie wybiera膰: wjecha膰 w t臋 wie艣, czy omin膮膰 j膮 z daleka i zd膮偶a膰 jak najpr臋dzej do kraju 偶ydowskiego, gdzie si臋 narodzi艂 Kr贸l. Buntowa艂o si臋 w nim wszystko. By艂 zm臋czony, ogo艂ocony z pieni臋dzy, 偶ywno艣ci. Zosta艂y mu tylko wierzchowce i wierni s艂udzy. Ale i oni najwyra藕niej byli wycie艅czeni ponad granice swoich mo偶liwo艣ci. I znowu ta sama przysz艂a odpowied藕:
je偶eli to jest Kr贸l Mi艂o艣ci, ja nie mog臋 przej艣膰 oboj臋tnie wobec n臋dzy ludzkiej.
I tak wjecha艂 ze swoj膮 karawan膮 w zagro偶on膮 wie艣. To, co zobaczy艂, przekracza艂o jego najgorsze wyobra偶enia. Przy drodze i na drodze le偶a艂y sczernia艂e trupy ludzkie. Smr贸d rozk艂adaj膮cych si臋 cia艂 wisia艂 w powietrzu. Konie p艂oszy艂y si臋, wielb艂膮dy stula艂y uszy. Przera偶eni s艂udzy patrzyli na ten straszny widok. Wie艣 wygl膮da艂a jak wymar艂a. Zdawa艂o si臋, 偶e nikt nie pozosta艂 przy 偶yciu. Zawaha艂 si臋:
mo偶e kto艣 jednak jeszcze 偶yje w tych domach. Podni贸s艂 r臋k臋 do g贸ry. –
Zatrzyma膰 si臋 – rozkaza艂. Karawana stan臋艂a. Zawo艂a艂 po raz drugi: –
Uciszcie si臋. Nads艂uchiwali. I nagle w pierwszym, tu偶 obok drogi stoj膮cym domu, pos艂yszeli jakie艣 s艂abe wo艂anie, ale w tej ciszy umar艂ej wsi dostatecznie wyra藕ne. I wtedy si臋 zdecydowa艂. Zacz膮艂 schodzi膰 z wielb艂膮da. S艂udzy patrzyli z zapartym tchem jak dotkn膮艂 stop膮 ska偶onej ziemi. Odwr贸ci艂 si臋 do nich i powiedzia艂: –
Kto chce, niech odjedzie. Macie woln膮 r臋k臋. Kto chce, niech mi towarzyszy. Ja tutaj zostan臋, a偶eby pom贸c tym ludziom, kt贸rzy jeszcze 偶yj膮. Wszed艂 do pierwszej chaty. I pozosta艂, aby pomaga膰 ci臋偶ko chorym ludziom. Towarzyszy艂o mu kilku s艂ug. Od rana do wieczora szed艂 od domu do domu, przynosi艂 jedzenie, podawa艂 wod臋, wynosi艂 spod chorych brudne prze艣cierad艂a. Opiekowa艂 si臋, leczy艂 jak tylko umia艂. Gdy mu pozostawa艂a chwila czasu, kopa艂 do艂y i chowa艂 zmar艂ych. Tak p艂yn膮艂 dzie艅 za dniem, tydzie艅 za tygodniem na tej ci臋偶kiej pracy. A偶 kt贸rego艣 dnia poczu艂, 偶e s艂abnie, 偶e go gor膮czka ogarnia. Zacz臋艂y mu lata膰 przed oczami czerwone p艂aty. Zrozumia艂, 偶e si臋 zarazi艂. Ale do ko艅ca, ile mu tylko si艂 jeszcze starczy艂o, chodzi艂 i pomaga艂 ludziom, a偶 w kt贸rym艣 momencie straci艂 przytomno艣膰 i upad艂. Nie wiedzia艂, kiedy jakie艣 lito艣ciwe r臋ce zaci膮gn臋艂y go na bar艂贸g, nie wiedzia艂, kto mu podawa艂 wod臋 i jedzenie, kto si臋 nim opiekowa艂 w czasie, gdy le偶a艂 w wysokiej gor膮czce. Nie zdawa艂 sobie sprawy, jak d艂ugo chorowa艂. Gdy si臋 obudzi艂, jedno zrozumia艂, 偶e 偶yje, 偶e przetrzyma艂, nie umar艂. Ale by艂 bardzo s艂aby. W pierwszych dniach nie m贸g艂 jeszcze wstawa膰. Potem zacz膮艂 powoli chodzi膰 po izbie, potem wreszcie po podw贸rku. Nie by艂o przy nim nikogo ze s艂ug. Mo偶e odjechali, mo偶e poumierali. Patrzy艂 na budz膮c膮 si臋 do 偶ycia wie艣. Ludzie nie rozpoznawali w nim kr贸la. Ani nawet wybawcy. Wtedy, kiedy ratowa艂 ich wraz ze swoimi s艂ugami, oni le偶eli nieprzytomni, nie艣wiadomi tego, co si臋 wok贸艂 nich dzieje. Teraz widzieli w nim przybysza – n臋dzarza, kt贸remu trzeba pomaga膰. Ale to dla niego nie by艂o wa偶ne. Nie by艂o nawet wa偶ne i to, 偶e traktowali go jak 偶ebraka, jak w艂贸cz臋g臋. Faktycznie nie przypomina艂 w niczym ani kr贸la, ani cz艂owieka zamo偶nego. Odzienie by艂o w strz臋pach, on sam zm臋czony, wycie艅czony. Namy艣la艂 si臋, co robi膰 – wraca膰 do swojego kraju czy i艣膰, aby spotka膰 Jezusa, Kr贸la 偶ydowskiego. Czy jest sens i艣膰 dalej, za gwiazd膮. Ju偶 tyle lat min臋艂o, gdy j膮 ujrza艂 po raz pierwszy. Jego czarna broda sta艂a si臋 srebrzysta, jego mi臋艣nie zwiotcza艂y, sk贸ra si臋 pomarszczy艂a.
Ale gwiazda wci膮偶 艣wieci艂a.
Zdecydowa艂 si臋 i艣膰 dalej. Mia艂 przecie偶 jeszcze zawieszony na szyi najdro偶szy skarb – najwspanialszy rubin, kt贸ry chcia艂 Jezusowi z艂o偶y膰 w ofierze. I poszed艂.
Nie mia艂 pieni臋dzy, wobec tego najmowa艂 si臋 do roboty, aby zapracowa膰 na po偶ywienie i na nocleg. Szed艂 od wsi do wsi, od miasta do miasta. Powoli, bo i s艂aby by艂, powoli, bo i trzeba by艂o pracowa膰.
A偶 razu pewnego wszed艂 w wielkie miasto – znowu obce mu, z obcym j臋zykiem, z obcymi zwyczajami – chcia艂 je przej艣膰 jak najpr臋dzej. Nie lubi艂 ha艂asu, krz膮taniny. Ale patrzy艂 ciekawie na wszystko, co si臋 wok贸艂 dzia艂o. Doszed艂 do wielkiego placu na rynku, gdzie odbywa艂 si臋 targ. Sprzedawano i kupowano byd艂o – kozy, owce, konie, wielb艂膮dy. Szed艂 dalej i napotka艂 targ, gdzie sprzedawano ludzi. W jego pa艅stwie takich zwyczaj贸w nie by艂o. Patrzy艂 zdziwiony i przera偶ony. I naraz w艣r贸d niewolnik贸w przeznaczonych na sprzeda偶 zobaczy艂 gromad臋 ludzi podobnych do jego poddanych. Podszed艂 bli偶ej. Tak, nie myli艂 si臋. Dos艂ysza艂, 偶e m贸wi膮 jego j臋zykiem. To byli jego rodacy. Teraz stali na podwy偶szeniu, sp臋tani powrozami jak zwierz臋ta. Przygl膮da艂 si臋 im. Du偶a grupa: m臋偶czy藕ni, kobiety, dzieci, starcy. Domy艣li艂 si臋, 偶e jaki艣 nieprzyjaciel napad艂 na jego kraj, porwa艂 ludzi, a teraz jak byd艂o sprzedaje na targu. B贸l 艣cisn膮艂 mu serce. Chcia艂 im pom贸c, ale nie mia艂 jak. Przecie偶 nie mia艂 pieni臋dzy, aby ich wykupi膰 i uwolni膰. I wtedy przypomnia艂 sobie o skarbie, kt贸ry nosi艂 na szyi. O rubinie, symbolu mi艂o艣ci, kt贸ry mia艂 zanie艣膰 Jezusowi. Jeszcze si臋 zawaha艂: przecie偶 to nie m贸j, to ju偶 jest Jego. Ja Mu go ju偶 podarowa艂em. Ale r贸wnocze艣nie pojawi艂a si臋 odpowied藕:
a co On by zrobi艂, gdyby ujrza艂 tych biednych ludzi? Bez wahania podszed艂 do handlarza i powiedzia艂: –
Chc臋 kupi膰 od ciebie tych ludzi. Handlarz popatrzy艂 si臋 z pogard膮 na niego i odrzek艂: –
Tyle pieni臋dzy, ile ja za nich musz臋 otrzyma膰, ty nawet nigdy w 偶yciu nie widzia艂e艣.
Wtedy kr贸l si臋gn膮艂 po sw贸j skarb. Wyci膮gn膮艂 z zanadrza sakiewk臋. Pokaza艂 handlarzowi rubin. Handlarz najwidoczniej zna艂 si臋 na drogich kamieniach, bo oczy zab艂ys艂y mu chciwo艣ci膮 i spyta艂: –
Ile chcesz za ten kamie艅? On odpowiedzia艂: –
Chc臋 tych ludzi. – We藕 sobie wszystkich – us艂ysza艂. Wtedy da艂 mu rubin Jezusa. Potem podszed艂 do swoich ludzi i powiedzia艂 im w swoim i w ich j臋zyku: –
Jeste艣cie wolni, wracajcie do domu. W pierwszej chwili wierzy膰 nie chcieli, popatrzyli na handlarza. Ten skin膮艂 g艂ow膮. Gdy oni p艂acz膮c, 艣miej膮c si臋 rzucali si臋 sobie na szyj臋, kr贸l nie spostrze偶ony przez nich odszed艂. Nie wiedzieli, 偶e to jest ich kr贸l. Zreszt膮 nie poznaliby w tym 偶ebraku swojego w艂adcy.
Gdy wyszed艂 z miasta i powoli uspokaja艂 si臋 po tym wszystkim, co prze偶y艂, zada艂 sobie pytanie: „
Co teraz? Co teraz robi膰? Po co i艣膰 do Jerozolimy? Po co i艣膰 do stolicy pa艅stwa 偶ydowskiego? Nie mam co przynie艣膰 temu nowemu Kr贸lowi 偶ydowskiemu. Nowo narodzony Kr贸l 偶ydowski jest ju偶 z pewno艣ci膮 doros艂ym cz艂owiekiem. Ju偶 tyle lat up艂yn臋艂o od chwili, kiedy wyszed艂em ze swojego pa艅stwa w t臋 dalek膮 drog臋. Po co i艣膰? Co Mu powiem? Co Mu ofiaruj臋? Ale po co wraca膰 do domu? W kraju z pewno艣ci膮 inny kr贸l rz膮dzi”.
Wieczorem odszuka艂 swoj膮 gwiazd臋.
Gwiazda 艣wieci艂a.
Zdecydowa艂 si臋 i艣膰 dalej. Powiedzia艂 sobie: „
Zobacz臋, jak On rz膮dzi, ten Kr贸l Mi艂o艣ci. Czy w Jego pa艅stwie naprawd臋 panuje Mi艂o艣膰? Jak On realizuje Mi艂o艣膰 na co dzie艅? W ustawodawstwie, w prawie, w zwyczajach, kt贸re wprowadzi艂?”
I poszed艂. Poszed艂 zobaczy膰 kr贸lestwo Mi艂o艣ci. I znowu szed艂 tak jak przedtem od miasta do miasta, od wsi do wsi zarabiaj膮c na jedzenie i na nocleg prac膮. A偶 wreszcie doszed艂 do Jerozolimy.
Zobaczy艂 najpierw z daleka pi臋kn膮, bielej膮c膮 murami 艣wi膮tyni臋 na g贸rze postawion膮, potem mury Jerozolimy, kt贸rymi by艂a stolica opasana. Ale on widzia艂 pi臋kniejsze i wi臋ksze miasta ni偶 to. By艂 ciekawy tego 偶ycia, kt贸re w nim si臋 toczy, tych zwyczaj贸w, kt贸re w nim panuj膮.
A mo偶e ten Kr贸l Mi艂o艣ci, tak jak nieraz inni ludzie, sta艂 si臋 zwyczajnym cz艂owiekiem? Mo偶e zapomnia艂 o Mi艂o艣ci? Mo偶e si臋 zajmuje bogaceniem si臋? Mo偶e rz膮dzi przemoc膮, si艂膮?
Spostrzeg艂, 偶e jego gwiazda gas艂a szybko.
Zaniepokoi艂 si臋. Nie wiedzia艂, co to znaczy. Wszed艂 w miasto gwarne, burzliwe, 偶ywio艂owe. Zm臋czony usiad艂 na progu jakiego艣 domostwa. By艂 szcz臋艣liwy, 偶e wreszcie doszed艂 do celu swojej podr贸偶y. Patrzy艂 ciekawie na domy, kramy, przesuwaj膮ce si臋 przed jego oczami, a偶 naraz pos艂ysza艂 z daleka jaki艣 ha艂as – drog膮 szed艂 orszak, pob艂yskiwa艂y he艂my i zbroje. Orszak si臋 zbli偶a艂 coraz bardziej. Kr贸l wci膮偶 nie wiedzia艂, czy to jaka艣 procesja, czy poch贸d triumfalny. A偶 nagle spostrzeg艂 nad t艂umem stercz膮ce trzy belki...
W pierwszej chwili nie chcia艂 uwierzy膰 w艂asnym oczom. Zada艂 sobie pytanie: „
I tutaj istnieje kara 艣mierci i to najokrutniejsza kara 艣mierci przez ukrzy偶owanie? W krainie rz膮dzonej przez Kr贸la Mi艂o艣ci?”
Poch贸d przeci膮ga艂 obok niego. Pomi臋dzy t艂umem 偶o艂nierzy, gapi贸w szli dwaj pierwsi skaza艅cy. Potem nast膮pi艂a przerwa. Po chwili pojawi艂 si臋 偶o艂nierz trzymaj膮cy w r臋kach tablic臋, na kt贸rej by艂o napisane imi臋 i wina, za kt贸r膮 trzeci skazaniec b臋dzie ukarany 艣mierci膮 krzy偶ow膮. Powoli sylabizowa艂 tekst napisu:
„
Jezus Nazare艅ski Kr贸l 呕ydowski”
i gdy odczytywa艂 to og艂oszenie, napisane w kilku j臋zykach, nagle odkry艂 z ca艂ym przera偶eniem, 偶e cz艂owiek, kt贸rego tablica zapowiada, to jest Ten, do kt贸rego on w臋drowa艂 przez tyle lat, 偶e to On idzie teraz skazany na 艣mier膰. Wci膮偶 jeszcze nie rozumia艂, wci膮偶 by艂 tak przera偶ony, 偶e poj膮膰 nawet nie m贸g艂 do ko艅ca sensu tego, co przeczyta艂.
Wtedy pojawi艂 si臋 Jezus Nazare艅ski, Kr贸l 呕ydowski. Z koron膮 cierniow膮 na g艂owie, szed艂 zataczaj膮c si臋, wyczerpany, uginaj膮cy si臋 pod drzewem krzy偶a. Gdy tak wpatrywa艂 si臋 wci膮偶 jeszcze os艂upia艂y w t臋 posta膰 pochylon膮 pod krzy偶em, spostrzeg艂 nagle, 偶e Jezus podchodzi do niego. I wtedy kr贸l zobaczy艂 dok艂adnie Jego twarz zlan膮 potem i krwi膮. Zapatrzy艂 si臋 na krople krwi dr偶膮ce na cierniach korony, bo przypomnia艂y mu tamten jego rubin, kt贸ry tak d艂ugo ni贸s艂 do Jezusa. Dopiero po jakiej艣 chwili opami臋ta艂 si臋 i zauwa偶y艂, 偶e Jezus na niego skierowa艂 sw贸j wzrok. Kr贸l spotka艂 si臋 z Jego spojrzeniem. Takich oczu jeszcze nigdy nie widzia艂. To by艂o pierwsze wra偶enie. Ale nast臋pne by艂o r贸wnie zaskakuj膮ce: w oczach Jezusa nie by艂o nienawi艣ci. Uderzy艂o go to tym bardziej, 偶e przed chwil膮 przesun臋艂y si臋 przed nim straszne twarze pierwszych dw贸ch skaza艅c贸w. I z kolei odkry艂 rzecz, kt贸ra go przyprawi艂a o zdumienie: Jezus mu wsp贸艂czuje.
Co艣 niepoj臋tego: ten Cz艂owiek skazany na 艣mier膰, tak strasznie poraniony, zachowuje si臋 tak, jakby niewa偶ne by艂o Jego w艂asne cierpienie, ale jakby jedynie wa偶nym by艂 on – stary kr贸l. Z najwy偶szym wzruszeniem wyczyta艂 z oczu Jezusa, 偶e On wie o wszystkim, o ca艂ej d艂ugiej drodze, jak膮 odby艂 do Niego, o tym, co przeszed艂 w tych d艂ugich latach w臋dr贸wki, 偶e dla Niego to, co zrobi艂 po drodze, jest cenniejsze ni偶 klejnoty, kt贸re rozda艂… 偶e to przyjmuje jako najwi臋kszy dar. Dar wa偶niejszy ni偶 tysi膮ce najpi臋kniejszych rubin贸w 艣wiata. Poczu艂 si臋 szcz臋艣liwy – tak bardzo, jak mo偶e czu膰 si臋 tylko ten, kto wie, 偶e nie zmarnowa艂 偶ycia.
Jak b艂ysk przemkn臋艂a my艣l:
tutaj jest cel, do kt贸rego pielgrzymowa艂em przez ca艂e 偶ycie. Ten Cz艂owiek jest Kr贸lem ludzi i Zbawieniem 艣wiata, na kt贸rym opar艂em swoj膮 t臋sknot臋, kt贸rego spotka艂em we wszystkich utrudzonych i obci膮偶onych…
Z t艂umem ludzi zosta艂 zap臋dzony na wzg贸rze, na kt贸rym sta艂y trzy krzy偶e.
Ponad 艣rodkowym krzy偶em ja艣nia艂a gwiazda.
Kr贸l opad艂 pod krzy偶em na kolana.
W jego otwarte r臋ce spad艂y wtenczas trzy krople krwi. By艂y bardziej l艣ni膮ce ni偶 szlachetne kamienie, ni偶 jego rubin… Spokojny blask zachwytu i rado艣ci rozpromieni艂 jego twarz jak pierwszy promie艅 wschodz膮cego s艂o艅ca padaj膮cy na o艣nie偶ony szczyt. Z jego piersi wydoby艂o si臋 ostatnie d艂ugie westchnienie ulgi.
Podr贸偶 dobieg艂a ko艅ca.
Dary zosta艂y przyj臋te.
Czwarty m臋drzec ze Wschodu odnalaz艂 wreszcie Kr贸la…
...
/wg. ks. M. Mali艅skiego/